Czasem patrzę na dzieci sąsiadów albo kuzynów i widzę, jak inaczej się poruszają, gdy tylko wejdą do ogrodu. W domu bywają niespokojne, rozkojarzone, a tu nagle – ożywają. Pięciolatka zastanawia się, czy stokrotki „śpią” w nocy, ośmiolatek sprawdza, ile mrówek zmieści się na jednym listku. Jako mama, która od lat przygląda się dzieciom – swoim i cudzym – wiem jedno: ogród to coś więcej niż plac zabaw. To przestrzeń, w której uczą się świata w sposób, jakiego żaden ekran im nie da. A teraz, gdy wiosna budzi ziemię do życia, chcę się tym z Wami podzielić – może Was to zainspiruje?
Moje dziecko nie ma telewizora ani smartfona – to świadomy wybór, bo wierzę, że świat wokół nas wystarczy, by je wychować. Ale nawet dzieci przyzwyczajone do ekranów w ogrodzie się zmieniają. Sąsiadka opowiadała, że jej syn, zwykle przyklejony do tabletu, w zeszłym tygodniu godzinę kopał dołek pod krzak malin – sam, bez proszenia. Psycholodzy mówią o „uwadze regeneracyjnej” – natura wycisza, przywraca równowagę. Według badań Fundacji Dajemy Dzieciom Siłę (2023) polskie dzieci spędzają przed ekranami średnio 2-3 godziny dziennie. A ja patrzę na te maluchy w ogrodzie i myślę: one tego nie potrzebują. Wystarczy im łopatka i kawałek ziemi.
Ogród uczy cierpliwości – widzę to za każdym razem, gdy dziecko z sąsiedztwa sadzi nasiona i pyta: „Dlaczego jeszcze nie rosną?”. Tłumaczę, że natura nie działa jak aplikacje – i widzę, jak to do nich dociera. Po kilku dniach wracają, żeby sprawdzić, a gdy pojawiają się pierwsze listki, ich oczy błyszczą. Badania z Uniwersytetu w Cambridge (2022) potwierdzają, że kontakt z naturą pomaga dzieciom lepiej rozumieć odroczoną gratyfikację. W świecie natychmiastowych nagród ogród mówi: „Poczekaj, a zobaczysz coś pięknego”.
To także lekcja odpowiedzialności. Moja kuzynka opowiadała, jak jej córka zapomniała podlać stokrotki i potem płakała, widząc zwiędłe listki. Następnego dnia sama wzięła konewkę i od tamtej pory pilnuje ich jak skarbu. Tego nie da się nauczyć z książek – to życie pokazuje, że nasze działania mają znaczenie. Widzę potem, jak te dzieci zaczynają dbać o swoje rzeczy w domu, bo ogród nauczył je, że opieka się opłaca.
Ale najpiękniejsze jest to, że ogród zbliża ludzi. Kiedy sadzimy z moim dzieckiem pietruszkę albo tulipany, rozmawiamy – o pszczołach, deszczu, o wszystkim. Nie ma pośpiechu, nie ma rozpraszaczy. Psycholodzy rodzinni, jak dr John Gottman, podkreślają, że wspólne działania budują więzi – i ja to widzę, patrząc na inne rodziny w ogrodzie. W Polsce 40% rodziców mówi, że nie ma czasu dla dzieci (CBOS, 2021). A może właśnie ogród jest odpowiedzią?
Nie trzeba wiele – jeśli nie macie ogrodu, wystarczy doniczka na balkonie. Dajcie dzieciom nasiona – rzodkiewki, fasoli, czegokolwiek. Niech dotkną ziemi, niech się pobrudzą, niech pytają. Nie poprawiajcie ich za bardzo – moja sąsiadka śmiała się, że jej syn wsadził nasiona do góry nogami, a i tak wyrosły. To ich przestrzeń, ich lekcja. A jeśli zapytają: „Po co to wszystko?”, powiedzcie to, co ja mówię swojemu dziecku:
„Bo tu rośnie coś prawdziwego – i ty razem z tym.”
W kwietniu, gdy wiosna puka do drzwi, spróbujcie. Ogród to nie tylko rośliny – to miejsce, gdzie dzieci uczą się czekać, dbać i być. Może kiedyś, jak te maluchy z sąsiedztwa, powiedzą, że dom to tam, gdzie coś rośnie – i będziecie wiedzieć, że chodzi o coś więcej niż tylko kwiaty.