Amerykański „Liberation Day” jest kolejnym, ważnym elementem rozwijającej się III wojny światowej. Sygnalizowałem to w poprzednim tekście i teraz trzeba to koniecznie rozwinąć. Tym bardziej, bowiem zdecydowana większość „ekonomistów” i „analityków” spogląda na to zagadnienie bardzo wąsko, nie dostrzegając jego miejsca w szerszej strategii amerykańskiej. Tu warto zauważyć, że na krajowym rynku dominują komentarze, które z grubsza wyglądają tak:
– Trump i jego ekipa, to banda idiotów, która sprowadza katastrofę na własny kraj,
– efektem ceł będzie w USA: inflacja, stagnacja, recesja, a zyski wyniosą z tego partnerzy Ameryki,
– osłabienie USA spowoduje rozkwit innych, którzy na amerykańskim szaleństwie tylko zyskają,
– zyska Europa, bo ma świetną zieloną gospodarkę i poradzi sobie z problemami, a potem zdystansuje Amerykę,
– najlepiej na tym wyjdą Chińczycy, bo w ogóle są najbardziej super i Xi jak za dotknięciem czarodziejskie różdżki stanie się liderem świata.
Suflując te bzdury ci ludzie nie mają umiaru, choć po prawdzie można ich częściowo zrozumieć. Takie brednie wypowiadają spece z Brukseli, którzy ciągle jeszcze udają, że nie widzą, w jaki syf wpędzili Unię Europejską i jej gospodarki. Innymi słowy, infekują tą swoją głupotą Europę, a polscy spece nie są w stanie dostrzec nie tyle nawet złożonych zjawisk (bo to przekracza ich możliwości), ale nawet tej wzajemnej sprzeczności tkwiącej w mącących przekazach.
Wojna handlowa jest zatem – to fundamentalne – ważnym elementem III wojny. Bez zrozumienia tej podstawowej prawdy, nawet nie ma co podejmować dyskusji. Każdej wielkiej wojnie, towarzyszyły wojny handlowe – by przypomnieć tylko kilka: blokadę kontynentalną Europy przez Anglię, za czasów Napoleona, blokadę ekonomiczną w czasie I i II wojny światowej. I każdy kto zna historię wie, że bez tych blokad, nie upadłby właśnie Napoleon, niemieckie cesarstwo, a potem III Rzesza i Japonia. Można wręcz powiedzieć, iż wejście w tę formę konfrontacji dowodzi już wprost, że jesteśmy w dalece zaawansowanej fazie III wojny.
Z tego punktu widzenia istotne jest przede wszystkim to, przeciwko komu ów „Liberation Day” jest wymierzony. Adresat główny jest oczywisty – są to Chiny. A reszta? Zależy to od tego, jakiego kto dokona wyboru. Tak jak podczas każdej, poprzedniej wojny. Europa zatem, a w niej zalewający się łzami nasz regirungsführer, musi się dobrze zastanowić, z kim przeciwko komu chce kontynuować swoją grę.
Dla Stanów Zjednoczonych dotychczasowa sytuacja była nie do utrzymania, bowiem dźwiganie dobrobytu i postępu niemal całego świata na swoich barkach, stało się ciężarem nie do uniesienia dla ich gospodarki. Widać było, że pozycja Ameryki eroduje, głównie z uwagi na nadmiar ciężarów. Kiedy na ten wielki bagaż ekipa Bidena postanowiła dorzucić jeszcze gigantyczne koszty „walki z ociepleniem”, Ameryka stanęła na skraju wydolności. Teraz musi z tego wyjść, aby główni profitenci tego patologicznego układu – czyli Chińczycy – rzeczywiście nie zdominowali świata. Ze wszystkimi tego konsekwencjami.
Na tym tle ewentualne koszty tych posunięć – z natury rzeczy przejściowe – są i tak dużo mniejsze, niż koszty tkwienia w patologii i udawania, że wszystko jest świetnie – co robili ludzie z administracji Bidena, a wcześniej Obamy.
Ale – wbrew alarmistycznym bredniom – to właśnie Amerykanie mają w tej grze nie tylko inicjatywę, ale również najsilniejsze karty. Już zresztą porażające elementarną logikę „komentarze”, mówią o tym w całej rozciągłości. Kiedy słucham jak brukselska oszustka „troszczy” się o Amerykę i relacje z nią, a wtóruje jej przyszły kanclerz, to śmiech mnie ogarnia. Bo za tymi pozorami „troski’ widać paniczny strach. Podobnie rzecz się zresztą ma z chojrakiem z Kanady czy innymi, prężącymi muskuły „liderami”. Co to na wyścigi deklarują, jak to teraz „odpowiedzą Trumpowi” – rzecz jasna „solidarnie”. Wszyscy oni mają świadomość, że i tak będą musieli podporządkować się decyzjom Waszyngtonu i układać relacje na nowych zasadach. I to zasadach, które już nie będą polegały na nieograniczonym dostępie do amerykańskiego rynku – kosztem firm rodzimych. Ten czas się skończył, a oni – mimo wszystko – mają tego świadomość. I nie potrafią w żaden sposób powiedzieć tego wprost, mamiąc europejską opinię publiczną.
Czy jednak Trump nie robi krzywdy Ameryce? Za chwilę okaże się, że nie. Są przynajmniej dwa elementy, które powodują, iż tylko ludzie pozbawieni elementarnej zdolności do oceny mogą myśleć inaczej.
Po pierwsze, Stany Zjednoczone uwalniające się właśnie z ideologii „walki z ociepleniem”, zdejmują z siebie potężny ciężar. Dysponują one największymi zasobami najtańszej energii, co pozwoli z naddatkiem zamortyzować ewentualne skutki podwyższonych taryf celnych na rynku wewnętrznym. Poza tym stworzy olbrzymią presję na to, aby firmy z całego świata gnały do Ameryki o korzystały z tego dobrodziejstwa, produkowania po kosztach energii wielokrotnie niższych niż w Europie czy – zwłaszcza – Chinach. Zresztą już w ostatnich dwóch miesiącach słyszmy zapowiedzi potężnych inwestycji w USA, co potwierdza, iż za chwilę ruszy prawdziwa ich lawina. Tu na marginesie warto, aby o tym myśleć zaczęli polscy producenci, którzy są ciągle ślepo zapatrzeni w możliwości rynku europejskiego.
Po drugie, w wyścigu technologicznym to właśnie Amerykanie odzyskali palmę pierwszeństwa, a gigantyczne kwoty już wyasygnowane na kolejne etapy generowania postępu w tym zakresie, tworzą ich olbrzymią przewagę. Zarówno w sektorze produkcyjnym jak i – zwłaszcza – w sektorze usługowym, wygeneruje to potężne amortyzatory ewentualnych przejściowych konsekwencji w obszarze taryfowym.
Mógłbym tu jeszcze wymienić długi łańcuszek innych czynników, które powodują, że taryfy nie tylko nie wyrządzą szkody Ameryce, ale wręcz dadzą jej wiele nowych impulsów i możliwości.
Wedle mojej wiedzy, nad tą strategią pracowały najtęższe amerykańskie umysły. Tylko idioci mogą bredzić o tym, że w tej grze chodzi o jakieś „ego” Trumpa. Jeśli ktoś słyszy takie komentarze, a do tego z ust ludzi, którzy mogą mieć na cokolwiek wpływ, niech się mocno zastanowi. I trzyma z daleka od takich „doradców”, a zwłaszcza niech się trzyma za portfel.
Ameryka wygra tę wojnę – tę handlową i tę III światową. A jedyne pytanie jest takie, czy my chcemy być w obozie zwycięskim, czy stać „z bronią u nogi”. W konsekwencji zostać ponownie na marginesie.