Nie tak dawno, bo wczoraj, pisaliśmy o przemyśleniach Emmanuela Macrona (prezydenta Francji, jakby ktoś nie wiedział), który niespodziewanie, a jakże odważnie, oświadczył, że Unia Europejska – oczywiście w dużym skrócie – zdycha. W sumie Macron nie odkrył Ameryki, bo każdy, kto potrafi połączyć dwie niedaleko od siebie postawione kropki, wie, że UE jest już złożona w trumnie, a polewana obficie perfumą, jeszcze nie cuchnie. Jeszcze. Macron uznał, że lekarstwem na pełzający kryzys jest: „pogłębienie jednolitego rynku i uproszczenie przepisów”. Co się kryje za tym hasłem, szczególnie za jego pierwszym członem, trudno doprawdy orzec, a klarowne wyłożenie pomysłu Macrona ma kapitalne znaczenie dla dyskusji, która jeszcze przed nami.
Jakiś pomysł w marcu 2017 r. wyprowadziła Marine Le Pen, polityczna przeciwniczka Macrona. „Zamiast czekać na jej (UE – przyp. autora) chaotyczny upadek, sugeruję, żebyśmy zorganizowali jej przekształcenie w Europę narodów, szanując wybory Europejczyków. […] Wszystkie referenda dotyczące Unii Europejskiej w ciągu ostatnich 15 lat były przegrane” – powiedziała wówczas Le Pen.
I mamy już jakiś punkt wyjścia do dyskusji, czy chcemy Europy centralnie zarządzanej (przez duet Berlin-Paryż), czy chcemy Europy, gdzie Warszawa i Wilno będą decydowały o tym, czym ich obywatele zechcą palić w kominkach? Przepraszam za tak banalny przykład, ale np. cła na samochody elektryczne powinny przemówić prezydentowi Francji do wyobraźni. Właśnie zostały nałożone 40-procentowe cła zaporowe na samochody sprowadzane z Chin. Wolałbym, aby te cła w Polsce nie obowiązywały (we Francji oczywiście mogą), bo wówczas istnieje jakaś niewielka szansa, że kupię sobie chińskiego elektryka za ok. 20 procent taniej niż pojazd wyprodukowany we Francji czy w Niemczech.
I tutaj może okazać się, że zarówno prezydent Macron, jak i Marine Le Pen (za którymi stoją potężne koncerny samochodowe: Citroën, Peugeot i Renault), mogą nagle zawiązać egzotyczny sojusz w obronie „europejskich wartości”, których należy strzec jak źrenicy oka. Czy Polska jako państwo narodowe – w wizji p. Le Pen – mogłaby prowadzić suwerenną politykę zagraniczną np. w relacjach z Ukrainą i nie musiała wysłuchiwać nadętych polityków znad Sekwany, którzy w przeszłości pouczali Polskę, że „straciła dobrą okazję, by siedzieć cicho”? (W 2003 r. Polska ubiegała się o członkostwo w Unii Europejskiej. Wtedy też Stany Zjednoczone szykowały się do interwencji zbrojnej w Iraku. Polska popierała twardą politykę USA, co spotkało się z ostrą krytyką ze strony ówczesnego prezydenta Francji, Jacquesa Chiraca).
Za każdą z opisanych wyżej decyzji stoją ogromne pieniądze. Pytanie, kto ma zarządzać tymi pieniędzmi? Bruksela, Warszawa, Berlin czy Paryż? Łatwo powiedzieć „państwa narodowe” lub „deregulacja”, ale jak zatrzymać pędzący pociąg, gdy wymontowano z niego wszystkie hamulce? Ludzie chcą odpoczywać, nie pracować, chcą państwa opiekuńczego – drapieżny kapitalizm jest anachronizmem, elity, grzebiąc stary ład, zajmują się inżynierią społeczną, która prowadzi do destrukcji i wymierania narodów.
Nie, panie Macron: Europa pod przywództwem takich ludzi jak pan nie jest w stanie podnieść się z ziemi. A jeżeli kiedykolwiek p. Le Pen dojdzie we Francji do władzy i jeżeli będzie pan szukał winnych, to proszę znaleźć lustro.
I wcale nie twierdzę, że Marine Le Pen to dobry wybór dla Polski, bo ona może mieć zupełnie co innego na myśli niż ja, kiedy mówi „państwo narodowe”.
I co musi pojawić się w dyskusji o przyszłości UE? Otóż nie ma wzrostu gospodarczego bez taniej energii i rąk do pracy! W UE brak jednego i drugiego.